CIEKAWE ARTYKUŁY
MATERIAŁY DO POBRANIA
REGULAMIN SCHRONISKA REGULAMIN WARSZTATÓW OFERTA EDUKACYJNA OFERTA SCHRONISK ADRESY REZERWACJA AKTUALNE CENY
CIEKAWE STRONY
| ATLAS FLORY BESKIDU ŻYWIECKIEGO | ENCYKLOPEDIA LEŚNA | W GÓRACH | MOJE BESKIDY | SŁOWNIK GEOGRAFICZNY | GÓRY SZLAKI | LIPOWSKA | PRZEGIBEK | |Słowacja | |Czechy|
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ
WŁÓCZĘGA W SIODLE
Beskid Żywiecki uchodzi do dzisiaj za góry, które są dzikie i zachowują pierwotną swoistą naturę. Może dlatego że infrastruktura turystyczna nie jest w nim tak rozwinięta jak w Beskidzie Śląskim czy Podhalu a wysokość tych gór, duże przestrzenie leśne, liczne hale są imponujące. Chcąc podkreślić naturalny walor tych gór, grupa zapaleńców i miłośników koni postanowiła pokazać jak zintegrować go z turystyką na grzbiecie konia. Bo jak mówi przysłowie "Największe szczęście na świecie na końskim leży grzbiecie". Jak podkreślają miłośnicy wędrówek w siodle, taka forma turystyki jest dopełnieniem swoistej natury jaka jeszcze pozostała w Beskidzie Żywieckim. W obecnym czasie lekkomyślność i niefrasobliwość ludzi wykorzystujących do domniemanej turystyki ryczących pojazdów jest potwierdzeniem ich snobizmu i chęci przeżycia mocnych wrażeń, które w zasadzie podnosząc adrenalinę kierującego, niszczą wokół wszystko. Koń nie rywalizuje z ryczącymi silnikami pojazdów, umie wpleść się w przyrodę i harmonizować z nią oraz współdziałać z jeźdźcem. W sierpniu 2003r. odbyła się pierwsza czterodniowa włóczęga w siodle po Beskidzie Żywieckim. Wszystko zaczęło się w dolinie Ryceki Dolnej gdzie zjechali się uczestnicy wyprawy. Najmłodszy liczył wtedy 12 lat i jechał na własnej klaczy huculskiej "Pumie". Ten koń dla młodego Mateusza był wtedy całym światem. Najstarszy uczestnik to twórca pierwszego szlaku konnego i inicjator włóczęg miał wtedy pięćdziesiąt lat. Cała grupa liczyła siedmiu jeźdźców. Pierwszy dzień wiódł jeźdźców z Rycerki Dolnej przez przysiółki Głębokie, Kotelnicę, Tarliczne, Suche, Laliki, Stańcówkę do Boru w Zwardoniu. Zdrożeni jeźdźcy w gospodarstwie agroturystycznym u państwa Szczotków najpierw rozkulbaczyli konie i zahotelowali je w przygotowanej stajni a następnie sami zasiedli do kolacji. W drugim dniu włóczęgi rano konie poniosły jeźdźców przez Granicze, Oźną, Radecki na Magurę do państwa Zoniów. Tam miał miejsce południowy popas koni i jeźdźców. Po obiedzie grupa ruszyła dalej przez Plaskurówkę, Kolonię, Halę Bułkową, Przysłop, Będoszkę Wielką na Przegibek. W gospodarstwie u państwa Banasiów na wysokości ok. 1000m n.p.m. jeźdźcy spędzili drugą noc swojej przygody w siodle. Na trzeci dzień włóczęgi niestrudzeni "randżersi" udali się na, Mładą Horę, Przełęcz Kotarz (975m n.p.m.) skąd zjechali do Soblówki na obiad u leśniczego Mariana Sporka. Po obiedzie dalsza trasa wiodła przez Wielki Smreków, Afrykę (przysiółek pod Beskidem Ujsolskim), Glinkę, Długi Groń aż na Krawców Wierch. Krawcula (tak nazywają polanę miejscowi górale) słynie w Beskidzie Żywieckim z góralskiego grania, pięknych widoków, ciszy i spartańskich warunków. Jest tam bacówka, która powstała w 1976r. z inicjatywy E. Moskały. Bacówka do dzisiaj nie posiada elektryczności, ale klimat turystyczny w niej jest niepowtarzalny. Czwarty dzień włóczęgi w siodle prowadził jeźdźców trasą na Okrąglę, Jaszczębie, Złatną, Zapolankę, Zagroń, Sarnówkę. Każda wymieniona polana cechuje się wybitnymi walorami przyrodniczymi, etnograficznymi i widokowymi. W południe konie stanęły przed zagrodą państwa Kręcichwostów gdzie miał miejsce popas i odpoczynek. Po obiedzie "randżersi" ruszyli na ostatni odcinek swojej przygody. Sprawnie dodarli na polanę Graberki (pod Suchą Górą) skąd dumnym spojrzeniem mogli ocenić pokonaną trasę i zaplanować już kolejną włóczęgę. Z Graberek trasa wiodła do Rajczy a dalej na Małą Zabawę, Głębokie i do Rycerki Dolnej - miejsca wyjazdu. Cztery sierpniowe dni smagane deszczem i wiatrem, prażone mocnym słońcem, cztery dni w siodle to obcowanie z przyrodą i naturą, tradycją góralską. To czas bez TV, komórki i Internetu. Prawdziwe niezapomniane chwile.
S. Jeleśniański
GALERIA W ZDJĘĆ
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ
MUZYKA HAL
W maju na górskich karpackich polanach zwanych halami od XVI wieku rozpoczynał się zapoczątkowany przez Wołochów wypas owiec. Wołosi to lud wywodzący się z dzisiejszej Rumunii, który w poszukiwaniu nowych obszarów pod wypas owiec, przemieszczał się wzdłuż całego łuku Karpat. Migracja ta przywiodła go w Beskid Żywiecki i Śląski, gdzie podobnie jak w innych rejonach szybko zasymilował się z miejscową ludnością a ponadto uczył ją nowej formy prowadzenia gospodarstwa, zwanej pasterstwem. Życie na hali rozpoczynało się w maju i trwało do października. W tym czasie oprócz codziennej, ciężkiej pracy dodatkowo utrudnianej niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi, pasterze potrafili tworzyć i bawić się, czerpiąc wzorce z własnego, pasterskiego życia. Wypasając na hali stada owiec obserwowali bogactwo reglowej przyrody, ujmującą rzeźbę okalających gór oraz grozę zjawisk atmosferycznych. Pasterze w każdej prostej czynności odnajdywali coś, co mogło ich inspirować i dawać nie tylko chleb, ale i rozrywkę. Sięgając do licznych opracowań jakie na przestrzeni lat opisywały kulturę pasterską (S. Staszic "O ziemiorodztwie Karpatów i innych gór i równin Polski", L. Delaveaux "Górale beskidowi zachodniego pasma Karpat") dostrzegamy opisy strojów pasterskich, zdobnictwo i zwyczaje podczas mieszania owiec. Mieszanie owiec polegało na spędzeniu ich przez gospodarzy do wspólnego koszaru w wyznaczonym miejscu, gdzie baca modlił się i kropił je święconą wodą a następnie ruszał z nimi na halę. Osobnym przedmiotem opisu życia na hali była muzyka. Ona wypełniała czas pasterzy, którzy pasąc owce nucili sobie zasłyszane, bądź własne melodie, układali słowa pieśni. Muzyka towarzyszyła w każdej czynności szałaśnictwa, była nieodłącznym towarzyszem, który pocieszał w trudzie każdego dnia. Cennym dorobkiem kultury pasterskiej są zapominane już dzisiaj pieśni pasterskie. Najwcześniejsze notacje ludowych pieśni pasterskich górali polskich Karpat pochodzą z pierwszej połowy XIX wieku. Na ich podstawie możemy wnioskować, że istniały wcześniejsze formy lub ich prototypy, lecz brak dzisiaj dokumentów potwierdzających ich istnienie. Pieśni pasterskie przekazywane były ustnie, gdyż pasterze nie umieli pisać i czytać a pierwsze opracowania naukowe związane z tematyką pasterską pojawiły się dopiero w XIX wieku. Pieśni te w swojej treści oddają ewolucję procesu rozwoju owczarstwa a w szczególności pracy na hali, stąd też dzięki ich bogactwu możemy obserwować kierunki przemian jakie miały miejsce w pracy pasterzy. Dzisiaj, na ich podstawie, określimy cały rodowód pasterstwa począwszy od migracji Wołochów, której świadectwem jest ta pieśń:

Wałasi, Wałasi
skoda wasej krasi,
coście potracili
poza bucki kasi.

Inna pieśń mówi żartobliwie o wzajemnym przenikaniu form gospodarczych. Wołosi wprowadzali gospodarkę pasterską, ra funkcjonowała tylko od wiosny do jesieni na najgorszych użytkach zielonych. Miejscowa ludność prowadziła mało efektywną gospodarkę rolniczo - hodowlaną. Połączenie obu form gospodarowania dawało pełnię możliwości rolniczych górskich terenów. Wołosi jednak bardziej przywiązani byli do własnej tradycji i kultywowali ją w swojej pierwotnej formie. Potwierdzeniem tej tezy jest pieśń:

Na nasym sałasku
wszystko po wałasku,
na wasym salasku
wszstko po dziadosku.

Inne pieśni opisują bezpośrednio hierarchię stanowisk w pracy pasterskiej. Wspominają bacę, który jest organizatorem pracy na hali, juhasów jako parobków pasących dojne owce, starcerzy czyli chłopców pasących stare owce oraz wolarzy pasących woły i honielników głównie młodych chłopców z rodziny bacy którzy pełnił funkcję naganiaczy owiec.

Każdy juhas dobrze pasie,
kiedy baca przy sałasie,
a jak baca przy dziedzinie,
każdy juhas przy dziw cynie.

Ni ma tyz to, ni ma
jako juhasowi,
siednie se na siedok
i uowiecki doi.

Ej starcarek z bacą
sami na się płaczą,
syra nie wydali
bo się zalecali.

Nie byde jo bacom,
byde hulajnikiem,
byde se nawracoł
uowiecki chodnikiem.

Wolarze, wolarze, wyście wołki paśli,
jo straciła wionek, wyście mi go naśli.

M.Wójtowicz.
GALERIA W ZDJĘĆ
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ
BACOWSKI ZWYK W SOBLÓWCE
Beskid Żywiecki uchodzi do dzisiaj za góry, które są dzikie i zachowują pierwotną swoistą naturę. Może dlatego że infrastruktura turystyczna nie jest w nim tak rozwinięta jak w Beskidzie Śląskim czy Podhalu a wysokość tych gór, duże przestrzenie leśne, liczne hale są imponujące. Chcąc podkreślić naturalny walor tych gór, grupa zapaleńców i miłośników koni postanowiła pokazać jak zintegrować go z turystyką na grzbiecie konia. Bo jak mówi przysłowie "Największe szczęście na świecie na końskim leży grzbiecie". Jak podkreślają miłośnicy wędrówek w siodle, taka forma turystyki jest dopełnieniem swoistej natury jaka jeszcze pozostała w Beskidzie Żywieckim. W obecnym czasie lekkomyślność i niefrasobliwość ludzi wykorzystujących do domniemanej turystyki ryczących pojazdów jest potwierdzeniem ich snobizmu i chęci przeżycia mocnych wrażeń, które w zasadzie podnosząc adrenalinę kierującego, niszczą wokół wszystko. Koń nie rywalizuje z ryczącymi silnikami pojazdów, umie wpleść się w przyrodę i harmonizować z nią oraz współdziałać z jeźdźcem. W sierpniu 2003r. odbyła się pierwsza czterodniowa włóczęga w siodle po Beskidzie Żywieckim. Wszystko zaczęło się w dolinie Ryceki Dolnej gdzie zjechali się uczestnicy wyprawy. Najmłodszy liczył wtedy 12 lat i jechał na własnej klaczy huculskiej "Pumie". Ten koń dla młodego Mateusza był wtedy całym światem. Najstarszy uczestnik to twórca pierwszego szlaku konnego i inicjator włóczęg miał wtedy pięćdziesiąt lat. Cała grupa liczyła siedmiu jeźdźców. Pierwszy dzień wiódł jeźdźców z Rycerki Dolnej przez przysiółki Głębokie, Kotelnicę, Tarliczne, Suche, Laliki, Stańcówkę do Boru w Zwardoniu. Zdrożeni jeźdźcy w gospodarstwie agroturystycznym u państwa Szczotków najpierw rozkulbaczyli konie i zahotelowali je w przygotowanej stajni a następnie sami zasiedli do kolacji. W drugim dniu włóczęgi rano konie poniosły jeźdźców przez Granicze, Oźną, Radecki na Magurę do państwa Zoniów. Tam miał miejsce południowy popas koni i jeźdźców. Po obiedzie grupa ruszyła dalej przez Plaskurówkę, Kolonię, Halę Bułkową, Przysłop, Będoszkę Wielką na Przegibek. W gospodarstwie u państwa Banasiów na wysokości ok. 1000m n.p.m. jeźdźcy spędzili drugą noc swojej przygody w siodle. Na trzeci dzień włóczęgi niestrudzeni "randżersi" udali się na, Mładą Horę, Przełęcz Kotarz (975m n.p.m.) skąd zjechali do Soblówki na obiad u leśniczego Mariana Sporka. Po obiedzie dalsza trasa wiodła przez Wielki Smreków, Afrykę (przysiółek pod Beskidem Ujsolskim), Glinkę, Długi Groń aż na Krawców Wierch. Krawcula (tak nazywają polanę miejscowi górale) słynie w Beskidzie Żywieckim z góralskiego grania, pięknych widoków, ciszy i spartańskich warunków. Jest tam bacówka, która powstała w 1976r. z inicjatywy E. Moskały. Bacówka do dzisiaj nie posiada elektryczności, ale klimat turystyczny w niej jest niepowtarzalny. Czwarty dzień włóczęgi w siodle prowadził jeźdźców trasą na Okrąglę, Jaszczębie, Złatną, Zapolankę, Zagroń, Sarnówkę. Każda wymieniona polana cechuje się wybitnymi walorami przyrodniczymi, etnograficznymi i widokowymi. W południe konie stanęły przed zagrodą państwa Kręcichwostów gdzie miał miejsce popas i odpoczynek. Po obiedzie "randżersi" ruszyli na ostatni odcinek swojej przygody. Sprawnie dodarli na polanę Graberki (pod Suchą Górą) skąd dumnym spojrzeniem mogli ocenić pokonaną trasę i zaplanować już kolejną włóczęgę. Z Graberek trasa wiodła do Rajczy a dalej na Małą Zabawę, Głębokie i do Rycerki Dolnej - miejsca wyjazdu. Cztery sierpniowe dni smagane deszczem i wiatrem, prażone mocnym słońcem, cztery dni w siodle to obcowanie z przyrodą i naturą, tradycją góralską. To czas bez TV, komórki i Internetu. Prawdziwe niezapomniane chwile.
S. Jeleśniański
GALERIA W ZDJĘĆ
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ